Benefity pracownicze

Bębnił palcami o blat, jakby wystukiwał kod alarmowy. Dźwięk powtarzał się, raz szybszy, raz wolniejszy – rytm dobrze znany każdemu, kto czeka na wyrok w sprawie swojego losu. W jego głowie kłębiły się myśli – jedne przyjazne, mówiące, że wszystko będzie dobrze, inne wrogie, warczące i kąsające. Wszystkie agresywne, jakby pchały się na podium w maratonie jego świadomości. Umowa kończyła się za dwa tygodnie, a on nie popełnił żadnego fakapu. Więc dlaczego szef nagle chce się z nim zobaczyć?

– Pan Orłowski pana oczekuje – rzuciła sekretarka, nie podnosząc wzroku znad monitora. Kliknięcie myszki, przesunięcie karty – pasjans. Król pik miał dla niej więcej znaczenia niż obecność Piotrka.

O gabinecie szefa krążyły legendy. Nikt tam nie wchodził, a jeśli już, to wychodził z oczami szeroko otwartymi jak po seansie grozy. Plotkowano, że w środku jest jacuzzi, studio masażu, może nawet zestaw do minigolfa. Mirek Orłowski – człowiek, który żył wizerunkiem sukcesu. Smokingi, drogie zegarki, samochody, których nazw nawet nie dało się wymówić bez zająknięcia.

Piotrek wziął głęboki oddech, jak nurek przed skokiem. Zapukał.
– Wejść – rozległo się zza drzwi.

Gabinet… cóż, był dziwny. Ale nie tak, jak wszyscy opowiadali. Od podłogi po sufit ciągnęły się okna przecięte ciężkimi żaluzjami. Z sufitu zwisały gołe żarówki, jakby ktoś urwał im abażury. Na podłodze – dywan, miękki i lśniący, na którym stało biurko i kilka fioletowych puf. Wyglądały jak zamówione w katalogu „Boho dla korpo: edycja limited”. Po ścianach ciągnęły się kredensy – wysokie, masywne, puste. Zero jacuzzi, zero cudów, zero obietnic luksusu.

– Proszę. – Szef wskazał na pufę. Piotrek usiadł i poczuł, jak fotelik zasysa go powoli do wnętrza.
– Nie będę owijał w bawełnę, bo czas to pieniądz, a pieniądz to więcej niż czas – zaczął Mirek. – Jesteśmy bardzo zadowoleni. Artykuły się klikają, SEO hula, wyniki są świetne. Nie pamiętam tak dobrych czasów, odkąd sam pisałem. Dlatego – przedłużamy umowę.

– To zaszczyt, panie Orłowski.
– Mów mi Mirek. Tu nie ma panowania, jesteśmy prawie jak rodzina.

Piotrek skinął głową. Umowa przedłużona, wszystko wydawało się prostsze. Ale Mirek pochylił się do przodu.
– To co, masz jakieś pytania? Najlepszy moment, żeby je zadać.

Piotrek zawahał się. Serce przyspieszyło.
– W sumie… mam jedno.

– Tak?
– Czy planujesz wprowadzić opiekę zdrowotną?

Mirek uniósł brwi. Jego spojrzenie przewiercało Piotrka na wylot, wbijając go jeszcze głębiej w pufę.
– Benefitów? Ale przecież mamy cotygodniowe masaże, imprezy tematyczne, stołówkę z opcjami wege, keto i paleo. Czego chcieć więcej?

– Czasem zamiast patrzeć w horyzont, warto spojrzeć pod nogi – odpowiedział Piotrek, choć głos mu drżał.

Mirek znieruchomiał. Po chwili wybuchnął głośnym śmiechem.
– Opieka zdrowotna?! Toż to rewolucja! Za moich czasów człowiek po prostu chorował i wracał do roboty, a teraz… innowacja HR!

Uderzył dłonią w udo tak mocno, że Piotrek podskoczył.
– To genialne! Trzeba to sprzedać na prezentacji, opowiedzieć chłopakom na squashu. Piotrku, masz łeb pełen pomysłów. Dzięki tobie możemy daleko zajść!

Drzwi się otworzyły, wpadła Wioletka z jeszcze ciepłą umową. Piotrek podpisał, a na pożegnanie usłyszał:
– Oby więcej takich innowacyjnych rozwiązań!

I tak zwykłe ubezpieczenie stało się kolejnym „przełomem” w świecie korporacji.

Kategorie

Opowiadanie

TagI:

O autorce